Po ostatniej niemiłej niespodziance napotkanej podczas dzielenia partycji straciłem wiele danych. Obiecałem więc sobie, że zainwestuję w zewnętrzny nośnik danych, chociażby dla tych najważniejszych z nich. Przeglądałem nieco aukcje internetowe, sklepy i fora w poszukiwaniu opinii. Ofert było pełno, niestety znaleźć jakieś oceny czy recenzje przenośnych dysków twardych to prawdziwe mistrzostwo, choć te napotkane najczęściej dotyczyły sprzętu z wyższych półek cenowych. Po pewnym czasie zmieniłem jednak poszukiwany obiekt – przecież w szafce leżał sobie oryginalny dysk z laptopa… wystarczyło dokupić obudowę z odpowiednimi interfejsami. Ostateczny wybór padł na Spire HandyBook.
Najważniejsza różnica względem całego zewnętrznego dysku to z pewnością cena urządzenia – kosztowało mnie ono 60zł, zaś za kompletny przenośny magazyn musiałbym zapłacić grubo ponad cztery razy tyle. Chwila zastanowienia i od razu wiadomo co bardziej się opłaca :) No więc postanowiłem wrzucić do niego oryginalny dysk, który był a laptopie przed wymianą na model wirujący z prędkością 7200 RPM, czyli WD o pojemności 320 GB. W sumie taka pojemność zupełnie nie jest mi potrzebna jak na osobiste repozytorium danych, ale przynajmniej mogę na nie zrzucić zapasowy system gdyby coś nieoczekiwanego stało się z dyskiem zamontowanym w laptopie, a i różne dodatkowe śmieci można na nim z powodzeniem składować.
Zawartość zestawu
Zestaw prezentuje się dosyć okazale: obudowa, zestaw śrubek, mały wkrętak, kabel przewód zasilający, przewody transmisyjne USB i eSATA, oraz oczywiście nieco zbędnych papierków no i mini CD ze sterownikami do starszych systemów. Pierwsze co rzuca się w wypadku tej obudowy w oczy to rozmiar – jest ona nieco tylko większa, niż przeciętny portfel… doskonale spisuje się więc wtedy, gdy dane mają być gdzieś przenoszone. Czarna, nieco kanciasta skrzyneczka jest zrobiona z plastiku, który został chyba pokryty cienką warstwą jakiegoś innego środka, ponieważ nie jest „tandetna w dotyku”. Na przodzie znajduje się przycisk otwierający pokrywę a wyposażony w diodę LED, która podczas pracy sygnalizuje nam stan zainstalowanego dysku. We wnętrzu nie ma nic interesującego, oprócz oczywiście złącza do podłączenia dysku o rozmiarze 2,5 cala. Mówiąc szczerze, jak zwykle odrzuciłem instrukcję obsługi i w efekcie byłem delikatnie mówiąc zdziwiony – nie znalazłem bowiem żadnego mocowania dla dysku, nie licząc samego złącza. Oczywiście kombinacja ta działa bezproblemowo, ale postanowiłem jednak przejrzeć manual dla bezpieczeństwa. Przekonałem się wtedy, że najpierw powinienem odkręcić płytkę PCB, umieścić na niej dysk, a następnie przykręcić go do niej od spodu… Nie wiem czy sam bym na to wpadł, ale umiejętność czytania (czytaj: oglądania obrazków) nareszcie się do czegoś przydała – ponowny montaż zwieńczony sukcesem!
Możliwości i główne cechy
Nie mogę się przyczepić do głośności pracującego dysku, który zamkniemy w tej „konserwie”, ponieważ staje się on niemal niesłyszalny. Przyczepić mogę się jednak do kwestii zabezpieczenia samego nośnika: nad nim znajduje się tylko bardzo cieniutka warstwa miękkiego materiału i oprócz czterech śrubek, nic poza tym nie chroni go w razie jakiegokolwiek upadku. Co prawda nie jest to sprzęt z najwyższych półek, więc teoretycznie nie powinienem wymagać od niego cudów. W tym wypadku obawiam się jednak o bezpieczeństwo danych nawet wtedy, gdy pomyślę o ewentualnym i przypadkowym zrzuceniu urządzenia z biurka na podłogę. Nie wiem jak by się to skończyło i nie mam zamiaru tego sprawdzać, jednak moje przypuszczenia nie są zbyt optymistyczne. Najważniejsza sprawa to jednak wydajność i możliwości, bowiem takimi cechami kierowałem się przy wyborze odpowiedniego sprzętu. Pod tym względem HandyBook wygląda nieźle, albo nawet bardzo dobrze, wszystko za sprawą:
- obsługi dysków SATA2 – wiele takich obudów posiada sterowniki ograniczone do dysków pracujących w trybie SATA1, w efekcie musimy stosować zworkę ograniczającą szybkość
- interfejsy USB 2.0/1.1 oraz eSATA – ten pierwszy to rzecz oczywista jak oczywistość, dostępny w każdym komputerze. Drugi umożliwia przesył danych ze znacznie większą szybkością – dysk pracuje tak, jakby był wpięty po prostu do kontrolera na płycie głównej. Jest on niestety znacznie rzadziej spotykany niż USB… oczywiście mój laptop posiada ta złącze.
- Kompatybilność z niemal wszystkimi systemami rodziny Windows oraz Mac – co prawda tego drugiego wariantu się u mnie nie spotyka, ale kto wie, kiedy mogę tego zacząć potrzebować.
- Zgodność z Plug & Play oraz Hot Swap – podłączam w trakcie pracy laptopa jak pendrive’a i działa… w każdej chwili mogę go również bezproblemowo odłączyć. To się właśnie nazywa wygodą.
Problemy? Niestety z dyskami WD tak…
Wszystko fajnie, umieściłem w „skrzyneczce” dysk WD, podpiąłem zasilanie poprzez USB oraz przewód transmisyjny z tego samego złącza no i działa, nawet całkiem szybko. Później przyszła pora na eSATA – dołączony przewód jest o dziwo bardzo dobrej jakości, lecz spotkało mnie rozczarowania – słychać było próby pracy dysku, lecz jego zasoby nie były dostępne na laptopie. Próbowałem instalować sterowniki kontrolera, później sprawdzałem BIOS, a na koniec „miliard” innych mniej istotnych rzeczy, niestety nic nie pomogło. Chciałem już reklamować urządzenie, gdy wpadłem na pomysł sprawdzenia eSATA przy zamontowanym wewnątrz dysku Seagate. Na nim jak można się było spodziewać, problem nie występuje i całość przesyła dane w iście huraganowym tempie.
Z tego co się dowiedziałem, dyski firmy Western Digital tak po prostu mają i niespecjalnie nadają się do pracy jako zewnętrzne magazyny podpinane za pomocą nowoczesnego złącza. W wypadku USB nie ma żadnego problemu, więc chyba na nim poprzestanę. Zresztą, nie będę tam trzymał zbyt wielu materiałów, więc nie powinno to być żadnym problemem (oczywiście dopóki mam wolne złącza USB w lapie, a ich nie jest zbyt wiele). Ja zabieram się więc do odpowiedniego podzielenia przestrzeni i zabezpieczania wszelkich cennych danych – tym razem spiskowcy będą mogli sobie próbować, ja będę przygotowany na ich odwiedziny ;)
Podobne wpisy:




u mnie zestaw handybook z WDC nie działa na stacjonarce, a działa na dwóch laptopach :| dziwna sprawa, myślę że to kwestia płyt głównych, napiec usb… pobawię się jeszcze ustawieniami w biosie itp. grunt, że teraz wiem że może to zadziałać !
Hm… wiesz co, nawet nie podejrzewałem tego, ale możliwe że to właśnie przez napięcia na USB w moim wypadku. Choć z drugiej strony, bardziej wymagający dysk robiący 7200 obrotów nie ma problemu przy takiej samej konfiguracji.
A handybook’a WDC miałem okazję używać (a dokładniej to 3,5” 750GB, bez eSATA) no i problemów nie robił, ani na lapie, ani na kilku stacjonarkach. Dziwne cyrki są z tymi zewnętrznymi dyskami.