Jeżeli przeglądacie blogosferę, ten tytuł powinien wam od razu przypomnieć wpis pewnej osoby. Jak czas temu na swoim blogu Mid dodał wpis o tytule I want my life back dotyczący problemu uzależnienia od portali społecznościowych. Chciałbym przedstawić swoją opinię na ten temat, oraz poruszyć dodatkową kwestię związaną z komunikacją w internecie oraz rozrywką. Tytuł jest oczywiście luźnym nawiązaniem do wpisu znajomego, nie świadczy natomiast o tym, jakobym miał jakieś problemy w tej kwestii.
Zacznijmy więc od porali społecznościowych… jednym słowem: tragedia. Najprostszy polski przykład rzucany przy każdej takiej okazji: nasza-klasa. Pomysł naprawdę dobry, od razu spotkał się ze sporym zainteresowaniem. Portal dawał szansę osobom w średnim i starszym wieku na odnalezienie rówieśników ze szkolnych lat, niestety bardzo szybko stał się centrum poznawania osób młodych, a te jak wiadomo czują się w internecie całkowicie bezkarne. Potem nastąpił przełom: wprowadzenie kont fikcyjnych, a następnie całej serii całkowicie bezsensownych dodatków. Moim zdaniem, to właśnie ta pierwsza zmiana świadczy o słabości NK: administratorzy zamiast zadbać o porządek, postanowili wrzucić wszystkie śmieci do jednego worka i nazwać go nibylandią…
Oczywiście użytkownicy również są winni kulturalnego upadku tego portalu: według nich możliwość dodawania zdjęć do galerii oznacza, że powinni zachowywać się tam tak samo, jak na niesławnej fotce. Oczywiście jest to całkowita bzdura i galerie nie miały służyć w tym celu. Przeraża jednak coś innego. Dostęp do serwisu mają obecnie nawet małe dzieci, bo jak inaczej nazwać 5 czy 6 latki? W takim wieku wszystko ze świata trafia na bardzo chłonny grunt, przez co dzieciaki po prostu uzależniają się od NK. Co na to rodzicie? Wolą aby ich pociechy spędzały wakacje przed komputerami, zamiast na powietrzu, bo przecież łatwiej upilnować… cóż za beznadziejna krótkowzroczność i brak odpowiedzialności.
Nieco zszedłem z tematu, wyżywając się na jednym serwisie, choć chyba nigdzie nie skłamałem, czyż nie? Następna na liście jest wspomniana już fotka: nie ma to jak wrzucanie setek zdjęć i oczekiwanie na komentarze, zaś w wypadku ich braku lamenty, kwaśny humor i złość na jakiekolwiek słowa… Mid opisując topowego użytkownika dużych portali społecznościowych trafił w dziesiątkę i w pełni go popieram: po takich osobach po prostu można poznać, że dostały jakieś oceny lub komentarze (wtedy są wesołe, pełne wigoru) lub nie (opis tego przypadku macie wyżej). Najśmieszniejsze jest natomiast to, że ludzie wrzucają do tego serwisu swoje zdjęcia w najdziwniejszych sytuacjach: w stanie nietrzeźwym, podczas czegoś szalonego / zabronionego przez prawo czy nawet całkowicie nago… gdzie się podziała godność do samego siebie? Czy naprawdę większość użytkowników uważa samych siebie za takie ścierwo, że pozwalają oglądać innym niektóre iście dantejskie sceny? O logikę tych działań nie ma co pytać… przecież ktoś co robi coś takiego, po prostu nie może myśleć racjonalnie. 
O portalach zagranicznych trudno mi powiedzieć cokolwiek konkretnego: nigdy nie posiadałem, aktualnie nie posiadam i posiadać nie będę profili na takich serwisach jak facebook, czy twitter. Zamierzam również usunąć konto na youtube. Serwisy te skupiają ogromną ilość użytkowników i… są całkowitą stratą czasu. Na społecznościówkach możemy porozmawiać z wieloma osobami, ale tylko w wirtualny sposób, a to nigdy nie zastąpi normalnej konwersacji. Poza tym nie możemy mieć pewności, że osoba „po drugiej stronie” jest naprawdę tym, za kogo się podaje. YT to już całkowity pożeracz czasu: wchodzimy, oglądamy jeden film, potem zerkamy na listę podobnych i… kurde, gdzieś mi umknęły dwie godzinki… Co prawda chciałem prowadzić własny kanał, ale zrezygnowałem z tego: nie mam zamiaru poświęcać czasu na takie bzdury i zachowywać się jak mumia gdy ktoś nie skomentuje mi nowego filmu.
Kolejna sprawa, której Mid już nie poruszył: gry rozgrywane w internecie. Tutaj autor wpisu na którym się wzorowałem może się zdenerwować, ale napiszę co leży mi na sumieniu: najgorszym gównem są „produkcje” rozgrywane w przeglądarkach internetowych. Wszyscy którzy w to grają mówią zawsze: 5 minut na dzień swobodnie na to wystarcza… zapominają dodać, że takich pięciominutowych sesji mają na dzień kilkadziesiąt… Cóż za przyjemnością byłoby wyłączenia serwera takiej gry: wiele osób w nerwach pewnie by zwariowała, ale to właśnie pokazuje skalę problemu. Poza tym szczerze denerwuje mnie, gdy ktoś używa publicznego komputera do „grania” w takie gówno, zamiast dać innej osobie wyszukać potrzebnych nagle informacji (a w szkole o takie sytuacje oczywiście nie trudno).
Problem dotyczy jednak również gier tradycyjnych, które wyposażono po prostu w tryb multiplayera. Na czarnej liście największych złodziei życia i czasu trafiają takie niechlubne tytuły jak: Counter-Shit (do tej gry mam osobisty uraz, nie mam zamiaru napisać nazwy poprawnie), World of Warcraft, Tibia, Enemy Territory, Battlefield 2 oraz wiele wiele innych tytułów. Większość z nich to bezsensowne strzelaniny. Ostatniego czasu doszedłem wreszcie do odpowiedniego wniosku: każdy FPS, w którym fabuła gra rolę poboczną nie zasługuje na miano dobrej gry. Ludzie tłumaczą się: to tylko chwilowa rozgrywka, to tylko dla wyżycia się… gówno prawda za przeproszeniem. Ja nie mogę nazwać chwilową rozrywka anemicznego wbijania kolejnego lvl w internetowym rpg czy konwulsje szczęścia po zaliczaniu kolejnego „head’a”… To jest choroba, którą trzeba autentycznie leczyć…
Sam nie jestem oczywiście „czysty jak łza” – co prawda nie miałem konta na fotce, ale trwoniłem czas na te beznadziejne internetowe partyjki. Zadam jednak proste pytanie fanatykom tego typu atrakcji: jak sobie wyobrażacie przyszłość? Macie zamiar wpisać do CV: „jestem zajebisty w CS’a” albo „udało mi się zebrać 5 tysięcy znajomych na nk„? Skoro chcecie, ok, to wasze życie i sami je sobie zmarnujecie. Moja rada jest jednak następująca: odrzućcie masowy kontakt wirtualny, wsiądźcie na rower póki pogoda na to pozwala i zauważcie, jaki otaczający was świat jest piękny…
Brak podobnych wpisów.

@P – exmaniac